sobota, 30 lipca 2016

Rzuciłam pracę.

Wczoraj był ostatni dzień miesiąca. Oznaczało to, że jeżeli złożę wypowiedzenie, będę musiała pracować tylko do końca sierpnia.
Zaczynałam pracę o 11, a decyzję podjęłam jakąś godzinę wcześniej. Stwierdziłam, że kolejnych dwóch miesięcy ( a tak by było gdybym poczekała z papierem do sierpnia) w Obsłudze Klienta nie wytrzymam. I to nic, że mam fajne stanowisko i kochanych ludzi. Po prostu ile razy można odpowiadać na te same pytania czy szkolić ludzi z rzeczy, których samemu ma się dosyć. Niestety wszelka korpo hierarchia czy sztuczny amerykański entuzjazm totalnie do mnie nie przemawia.

Szef dostał wypowiedzenie 15 min po rozpoczęciu mojej pracy. Oczywiście, że się popłakałam bo ja zawsze ryczę w takich momentach.
Zapytał jakie mam plany- planów nie mam. Nowej pracy również nie mam.
Za to mam świeżo wzięty kredyt i szczyt sezonu na urządzanie nowego mieszkania, któremu trochę jeszcze brakuje... Mimo to, wczoraj byłam z siebie dumna i prze szczęśliwa bo szczerze mówiąc była to pierwsza poważna decyzja w moim życiu (mimo prawie tych 28 lat na karku...).

Dziś upojenie trochę zelżało- obudziłam się licząc w głowie wydatki na kolejne dwa miesiące. Dostałam również wyciąg z karty kredytowej, który jeszcze bardziej skłonił mnie do myślenia czy to na prawdę była dobra decyzja.

Ale ale. Zaczęłam myśleć i kombinować, bo wiem, że wraz z 1 września moje życie diametralnie się zmieni. Jeszcze nie wiem co zrobię- może otworzę gabinet a może znajdę sobie kolejną korpo pracę, ale tym razem na zupełnie innych zasadach. Tata grzmi "A co jak sobie tylko pogorszysz?!". Nie wiem co zrobię. Artur obiecał, że mnie jak coś będzie dokarmiał, żebym z głodu nie umarła.

Póki co ogłaszam sierpień miesiącem cięć finansowych jako, że będzie to moja przedostatnia wypłata. Sierpień będzie też miesiącem ważnych decyzji życiowych, snucia planów, tworzenia różnych rzeczy na moim nowym, ukochanym tarasie.
Będzie spoko.

Kamień z serca :)