czwartek, 9 lutego 2017

Dzień wypłaty nie jest dla mnie dniem dużego zastrzyku gotówki, a raczej dniem jej wielkiego odpływu. Kredyt, opłaty za mieszkanie, rachunek telefoniczny, zaległa płatność za weekend w górach, dwie karty kredytowe.... Mam dobrą pensję, którą wydaję tylko i wyłącznie na siebie ale po 3 tygodniach przeskakuję już na karty kredytowe bo pieniądze mi się zwyczajnie kończą. Doszłam do takiego momentu, że już nawet nie odczuwam, że na coś mnie nie stać, bo zawsze można machnąć kartą kredytową.
 Przy zmianie pracy dostałam konkretną podwyżkę, która obecnie w żaden sposób nie jest widoczna. Mało tego: jestem w stanie miesięcznie zaoszczędzić mniej niż wcześniej a w zeszły miesiącu wysłałam moje oszczędności w kosmos. Nie żartuję: jestem przerażona.

Na co wydaję pieniądze?
Na pewno na jedzenie na mieście. Pracując kiedyś na peryferiach Wrocławia praktycznie codziennie przygotowywałam sobie lunch do pracy. Dzisiaj, pracując w centrum miasta, codziennie jem gdzieś indziej. Na pewno trochę przybrałam na wadzę ale za to schudłam w portfelu.
Trzymając się jedzenia muszę przyznać, że niestety również marnuję dużą jego ilość. Co tydzień robię większe zakupy spożywcze obiecując sobie, że wreszcie na nowo zacznę sama gotować. Kiedy przychodzi co do czego to i tak ponownie jem na mieście, jedzenie się psuje i trzeba je wyrzucić a koło się zamyka. Nie jestem w stanie podać kwoty, która mi co miesiąc przez to ucieka. Obiecałam sobie, e jeżeli sytuacja się powtórzy w tym miesiącu, usiądę z wydrukiem z konta i krok po kroku wszystko przeliczę.

Kolejną kategorią, która zjada część mojej wypłaty są ubrania. Fakt jest taki, że kiedyś w każdej wolnej chwili chodziłam na zakupy i właśnie w taki sposób wydawałam najwięcej. Ten nawyk udało mi się już na szczęście wykończyć. Niestety, na jego miejsce wskoczył inny. Mimo, że nie chodzę już na zakupy z nudy to zdarza mi się nagminnie wejść szybko do galerii handlowej bo "akurat mam wolną godzinę między pracą a treningiem i coś muszę ze sobą zrobić". Zauważyłam też, że robiąc zakupy rzadziej i tak wydaję więcej ponieważ za jednym razem kupuję więcej rzeczy bądź kupuję rzeczy droższe i lekką ręką wydaję 300/ 400 zł co kiedyś mi się nigdy nie zdarzało. W szafie nic mi się już nie mieści i tak na prawdę niczego nie potrzebuję. Co więcej, z braku laku z Nowego Jorku wróciłam prawie z nadbagażem i większość moich wieczorów w USA spędziłam plądrując sklepy.

Poza powyższymi kategoriami, reszta pieniędzy idzie na jakieś małe bzdury. Tu kupię książkę, tam zabawkę dla pieska i się zbiera.

A teraz pytanie najważniejsze a mianowicie: co z tym planuję zrobić.
Luty ogłaszam miesiącem bez wydawania pieniędzy.


  • Dziś spłaciłam prawie wszystkie długi. Czeka mnie jeszcze wycieczka do biblioteki by spłacić moje zaległości...
  • Gotuję sama! staram się jeść to co mam ale zarazem zapobiegać monotonii. Pozwalam sobie wyjść 1 w tygodniu na lunch. Robię mniejsze zakupy częściej przez co na bieżąco kupuję potrzebne produkty: zauważyłam,że w taki sposób mniej kupuję i mniej wyrzucam.
  • Ciuchów nie kupuję a jeżeli już to tylko w second handzie. Koniec kropka.
  • Wolny czas wypełniam czytaniem, sportem, wychowywaniem mojego jamnika (to ostatnie graniczy z cudem) a NIE chodzeniem po galeriach. Wolną godzinę można spędzić na spacerze, zaszyć się gdzieś czytając książkę 
  • Ściągnęłam zdjęcia rzeczy, na które chcę oszczędzać: samochód, podróż do Wietnamu, kurs żeglarski; wszystkie będą wisiały w domu jako jedna wielka przypominajka po co mi to wszystko.
  • Książki wypożyczam.
  • Noszę gotówkę - nie kartę.
Nie wiem, czy mi się to wszystko uda ale myślę, że wyczyszczenie konta oszczędnościowego to jest ostatni dzwonek by to zrobić. Straciłam poduszkę bezpieczeństwa, czas ją odzyskać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz