poniedziałek, 6 lutego 2017

Nie lubię Nowego Jorku.

Kilka dni temu wróciłam z Nowego Jorku, gdzie odbywała się część mojego szkolenia w nowej pracy. Jeżeli chodzi o zwiedzanie poszło mi kiepsko: był to mój już 3 raz w tym mieście- większość turystycznych miejsc odwiedziłam już dużo wcześniej. Co więcej, Nowy Jork w styczniu jest ciemny, zimny, śmierdzący i brudny. Próbowałam po raz trzeci zakochać się w mieście wielbionym przez miliony, i po raz trzeci mi się nie udało.
Dlaczego ? Z kilku powodów:

Po pierwsze: śmieci. Chyba co trzecia mijana na ulicy osoba niesie papierowy kubek z kawą. W pracy zamiast porcelanowych czy szklanych kubków/ talerzy/ sztućców wszystko jest plastikowe. Co wieczór na ulicach stoją ogromne ilości wypełnionych po brzegi worków na śmieci. Obserwując miasto z the Top of the Rock (które było jedną z dwóch płatnych"atrakcji" turystycznych jakie odwiedziłam w trakcie tego pobytu, w głowie mnożyłam sobie każdy widoczny budynek razy 100 worków na śmieci dziennie (a i to pewnie za mało). Zwariowałam? Bardzo prawdopodobne. Wiem, że u nas nie jest lepiej bo wszystko jest pochowane ale taki widok powoduje, że cały czas się zastanawiam gdzie to wszystko ląduje.

Po drugie jest to dla mnie miasto kontrastów - niekoniecznie dobrych. Weźmy za przykład wysławiany nad niebiosa przez wielu moich znajomych M&M's shop. Miejsce, gdzie każdą, najbrzydszą i najbardziej szorstką szmatę (czyt. ubranie) kupisz za chore pieniądze. Gdzie paskudny kubek w kształcie czekoladowej drażetki kosztuje po $30. Miejsce, z którego ludzie wychodzą z pełnymi siatami śmieci (bo inaczej wszystkich sprzedawanych w nim produktów nazwać nie można). A co pod sklepem ? Bezdomni, śpiący na kartonach przy studzienkach kanalizacyjnych by się ogrzać ulatującymi z nich oparami. Nie mają dollara by kupić sobie ciepłą herbatę. Serce się łamie widząc cały ten obraz.

Do tego wszystkiego dochodzą ludzie: piękni i różnorodni co akurat uwielbiam ale wydający się być w totalnym kołowrocie : dziewczyny ode mnie z pracy wstają rano o 5 by do 19 być w pracy i wrócić do domu ok. 21.Na informację, że w Polsce mamy obowiązkowe 2 tygodnie urlopu odpowiadają ogromnym zaskoczeniem. Na to, że kobiety u nas idą na roczny urlop macierzyński mówią, że one wracały po 3 miesiącach po urodzeniu dziecka. Work-life balance? Nie istnieje, a przynajmniej nie w moim biurze.

Oczywiście były też te bardziej fantastyczne momenty: poranne bieganie nad Hudson River czy po Battery Park, ogromne ilości poznanych fantastycznych osób no i wielka przygoda i radość, że mogłam chociaż chwilę popracować w największym centrum finansowym na świecie. CZego na nowo zaczerpnęłam od Amerykanów to entuzjazm do pracy, który dawkuję sobie bez przesadnej paranoi.

Ameryka to nie zawsze jest raj na ziemi a miejska dżungla nie jest dobra dla wszystkich.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz